Opublikowano: 15.07.2026
Dr Marek Stefan
[Portrecik]
Strategy&Future, Układ Sił
Nie ulega wątpliwości, że proces strategicznej depriorytetyzacji Europy w amerykańskiej strategii trwa i będzie kontynuowany, co przełoży się na ograniczenie zaangażowania Ameryki w działania w ramach NATO i zmniejszenie obecności jej wojsk na Starym Kontynencie. Nawet jeśli ostatecznie amerykańskie siły pozostaną w Polsce na niezmienionym lub podobnym poziomie, to już dziś można stwierdzić, że generalnie w przyszłości będzie ich mniej w całej Europie.
Centralnym zagadnieniem dyskusji wewnątrz NATO jest podejście aliantów do Stanów Zjednoczonych, których polityka wobec europejskich sojuszników była nie tylko nieprzewidywalna, ale także wielokrotnie agresywna, a nawet szkodliwa. Administracja Donalda Trumpa wprowadziła Amerykę na ścieżkę do „drapieżnej mocarstwowości”. Obecna prezydentura napisała epitafium liberalnej, „łagodnej” hegemonii Stanów Zjednoczonych. Polityka Trumpa charakteryzująca się protekcjonizmem gospodarczym oraz wymuszaniem ustępstw na partnerach i sojusznikach pod groźbą ceł, a także rozważanie aneksji Grenlandii i powtarzające się pomysły porzucenia sojuszników w NATO sprawiły, że wewnątrz Paktu dochodzi do rosnącej polaryzacji postaw.
Z jednej strony są państwa takie jak Polska, Wielka Brytania czy nawet Niemcy, które chcą utrzymać zaangażowanie Ameryki w NATO i w tym celu między innymi starają się zacieśniać powiązania wojskowe i przemysłowe z USA poprzez liczne kontrakty zbrojeniowe. Postawę Londynu, Berlina i przede wszystkim Warszawy można określić mianem „kotwiczenia” amerykańskich interesów w Europie.
Z drugiej strony są państwa takie jak Kanada, Hiszpania czy Francja, które opowiadają się za budową możliwie największej niezależności strategicznej od Stanów Zjednoczonych, nie tylko dlatego, że Ameryka sama namawia sojuszników do większej samodzielności, lecz przede wszystkim z potrzeby dostosowania się do nieprzewidywalnej i coraz częściej agresywnej postawy „drapieżnej” Ameryki.
Strategia administracji Trumpa wobec Europy sprowadza się do dwóch elementów. Po pierwsze: ograniczyć konwencjonalną obecność wojskową na kontynencie. Po drugie: zachować strategiczną kontrolę i wpływy polityczne na sojuszników poprzez dalsze zaangażowanie w rozszerzone odstraszanie w ramach NATO oraz zwiększoną sprzedaż uzbrojenia.
Jak trafnie zauważa profesor David Blagden z Uniwersytetu Exeter: „Jest to jedno z najdłużej utrzymujących się napięć w amerykańskiej hegemonii: preferencja dla sojuszników, by odciążali Stany Zjednoczone (co sugeruje budowanie własnej większej potęgi), i chęć pozostawienia ich jednocześnie całkowicie podporządkowanymi strategii USA (co sugeruje całkowitą zależność od amerykańskiej potęgi)”. Blagden podkreśla przy tym, że depriorytetyzacja Europy jest zrozumiała z perspektywy logiki strategicznej. Wynika ona z konieczności zarządzania przez Waszyngton ograniczonymi zasobami w sytuacji „nadmiernego rozciągnięcia” amerykańskich sił i zasobów wojskowych w Eurazji. Jednocześnie Blagden uważa, że proces ten jest zaburzany przez „zarozumiały nacjonalizm” amerykańskiej administracji.
W pewnym sensie NATO w okresie prezydentury Trumpa zaczyna przypominać antyczny Ateński Związek Morski po przeniesieniu skarbca sojuszu z wyspy Delos do Aten, co uważa się powszechnie za moment powstania imperium ateńskiego. Sojusznicy Aten, których pieniądze zostały zawłaszczone przez lidera Związku Morskiego, byli tym faktem oburzeni. Byli jednak za słabi, by przeciwstawić się ateńskiej potędze. Kilka dekad później, w trakcie wojen peloponeskich między Atenami i Spartą, wielu długoletnich sojuszników Aten odwróciło się od nich i sprzymierzyło ze Spartą, przyczyniając się do upadku ateńskiej potęgi. Postępowanie Stanów Zjednoczonych wobec sojuszników, nie tylko w NATO, przywołuje niepokojące paralele z tamtymi wydarzeniami z zamierzchłej przeszłości. Czy Ameryka podąży śladem antycznych Aten? Jakie będą skutki drapieżnej mocarstwowości Stanów Zjednoczonych? Czas pokaże.